Wojciech Adamczyk: wczuć się w innego
Wojciech Adamczyk na planie „Dziewczyn ze Lwowa” (fot. Jan Bogacz)

– Z każdego, bez wyjątku, kraju na świecie ludzie wyjeżdżają i każdy, bez wyjątku, kraj przyjmuje obcokrajowców, którzy przyjeżdżają albo po to, żeby szukać szczęścia, dobrobytu, albo los rzuca ich poza ojczyznę z zupełnie innych powodów – mówi Wojciech Adamczyk, reżyser serialu „Dziewczyny ze Lwowa”.

Czy ten serial to pochodna dramatycznych wydarzeń za naszą wschodnią granicą i nasilonego napływu Ukraińców do Polski?

– W większym stopniu inspiracją był ogólny fakt pewnej radykalnej zmiany, jaka nastąpiła w przypadku sytuacji Polski. Z kraju, którego przedstawiciele od niepamiętnych czasów wyjeżdżali za granicę dla polepszenia swojego bytu, staliśmy się także krajem imigracji. Dopiero teraz możemy sobie wyobrazić pewne odczucia, problemy czy dylematy Niemców, Francuzów, Brytyjczyków, czy Amerykanów. Warto poznać imigrantów, nie tylko jako potencjalnych pracowników, ale także jako ludzi po prostu, z ich życiem osobistym, emocjonalnym włącznie. Przekonać się, że są to ludzie w potrzebie, tak jak i my bywaliśmy i bywamy ludźmi w potrzebie.

Czyli ta historia jest bardziej uniwersalna niż lokalna…

– Tak, bo z każdego, bez wyjątku, kraju na świecie ludzie wyjeżdżają i każdy, bez wyjątku, kraj przyjmuje obcokrajowców, którzy przyjeżdżają albo po to, żeby szukać szczęścia, dobrobytu, albo los rzuca ich poza ojczyznę z zupełnie innych powodów. Warto spojrzeć na tych ludzi, wczuć się w nich. A ponieważ akcja serialu w sporej części rozgrywa się w Warszawie, warto przyjrzeć się nie tylko temu jak nas postrzegają, ale także jak nam się wydaje, że nas postrzegają. Chciałem, żeby miał on akcenty – zabrzmi to może zbyt górnolotnie – humanistyczne.

Ale poważna problematyka nie odetnie serialu od akcentów humorystycznych?

– Nie, bo w serialu obyczajowym, jak w życiu, akcenty humorystyczne muszą się pojawić. Gatunkowo nawet postawiłbym „Dziewczyny ze Lwowa” na półce pod nazwą „komedia obyczajowa”, choć na pewno nie jest to czysta komedia.

Do obsady składającej się głównie z młodych kobiet dołączył Pan doświadczonego artystę o wszechstronnym dorobku aktorskim, reżyserskim, pisarza, scenarzystę Stanisława Brejdyganta. Dlaczego akurat jego?

– Pan Stanisław to kawał historii polskiego teatru, głośny Hamlet koszaliński z 1960 roku, literat o cennym dorobku. Potrzebna mi była postać o tym ciężarze gatunkowym, potrafiąca spojrzeć na życie z dystansu długiego i bogatego doświadczenia.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński

reklama